Podobno tędy można
dojść
do
cmentarzyska książek.
Tylko tędy. Podobno innej drogi nie ma.
Bo
podobno jest tylko jedna droga.
Jedna jedyna. Nie ma jednak pewności,
czy ta, którą
teraz idziemy,
jest właśnie tą jedną
jedyną.
Tak
jak nie ma pewności,
czy takie cmentarzysko istnieje.
Bo nawet gdyby
było, to jak
by się tam
książki dostawały?
Jeśli by je ludzie
tam zanosili,
to by o nim wiedzieli i
drogę
do niego też by znać
musieli, bo
jak inaczej by tam docierali
i stamtąd wracali?
Chyba że
nie wracają....
A
jeśli by to była jedna osoba,
taka bardzo
specjalna,
jedyna która wie jak tam dotrzeć,
to przecież prędzej
czy później
zostałaby
rozpoznana, nawet gdyby wykonywała
swoje
zadanie w najgłębszej tajemnicy,
pod osłoną takiej
jasności jaka
panuje
tu, albo nawet jeszcze
większej.
Nikt jednak o kimś takim
nie słyszał.
Więc
pozostaje tylko przyjąć za prawdziwe
przypuszczenie zgoła
niewiarygodne,
że oto książki same się
tam
udają.
Jakoś. Sobie tylko
znanymi sposobami
.... może lecą –
przecież otworzone
przypominają
ptaka co rozłożył skrzydła
do
lotu – musiałyby jednak być otwarte,
musiałyby
być otwierane na
koniec,
musiałyby się otwierać
......
To wszystko przypomina
trochę owe
bajdurzenia o
cmentarzysku słoni.
O starych słoniach
samotnikach,
które idą umierać
w jedno miejsce.
Takie
miejsce
śniło się w dawnych czasach
zapewne niejednemu handlarzowi kością
słoniową.
Ten kto by takie miejsce
odnalazł,
wszedłby przecież w
posiadanie
niezliczonych sztuk słoniowych kłów,
zgarnąłby
fortunę, niesłychanie
i niewidzianie łatwo.
Ów sen karmił się
bajdurzeniami,
a bajdurzenia karmiły
się snami,
jak to zwykle bywa
.....
Oczywiście nie należy oczekiwać, że
droga prowadząca do takiego miejsca
jest jakoś oznakowana. To i tak
bardzo dużo,
że wiemy iż może to być
któryś z białych tuneli.
Niestety, nie wiadomo, skąd to wiemy,
to znaczy skąd to
przypuszczenie.
Być może ktoś to wyczytał w jakiejś
książce,
ale nie wiadomo ani kto, ani kiedy,
ani w jakiej książce. Można by
też zacząć
przypuszczać, że w różnych innych
książkach
są
ukryte inne wskazówki, niczym
rozrzucone kawałki podartej mapy.
Nikt jednak nie wie, jak ta mapa miałaby
wyglądać, nie wie też w
związku z tym
jak mogłyby wyglądać jej kawałki .....
Mogłaby na
przykład ta mapa być wydrukowana
białą farbą na białym
papierze...
Doprawdy, wielce interesujący to
bełkot.
Albowiem
w istocie jest to bełkot.
Nawet gdyby przyjąć, że im, czyli
książkom,
zależy na tym
abyśmy my, czytelnicy,
uznali to właśnie za bełkot – wszak
lepszego
zabezpieczenia tajemnicy chyba
być nie może.....
A zresztą
czy to ważne? Przecież i tak
wszystko to jeden wielki cmentarz.
Właśnie.
Jeden
wielki cmentarz.
Same
trupy wokoło.
Ten piękny, na wpół zdziczały
ogród,
gdzieś tam nad nami, albo obok,
a może nawet i pod, to
wysypisko trupów.
Stosy trupów wszędzie, a nie widać ich.
Śmieci
widać, a trupów nie widać.
Tylko czasami – jakieś
porozrzucane
pióra,
jakieś niedojedzone mysie flaczki,
ślad po dramacie, po
niedawnej tragedii,
czyli resztki po
obiedzie.
Za to muszych trupów
dużo,
na parapecie w
pracowni
..... ale pracownia to nie ogród
–
szkoda, mogłaby być .....
Po
co więc jeszcze jeden cmentarz?
Jakiś inny, specjalny, jakiś
cmentarz w cmentarzu? Spalić się,
dać się rozrzucić po pięknej łące,
dać się rozwiać pięknemu
wiatrowi.
Po co te
ceregiele?
Piękne słowo: ceregiele...
A
czy ktoś kiedyś widział trupa
książki?
Książki
się rodzą. To oczywiste.
To
widać. To można prześledzić.
To można sfilmować i
pokazać w
telewizji.
Podobno wszystko co się rodzi, umiera.
„Podobno” jest tu potrzebne,
bo pewności nie ma.
Może są takie
istoty,
które się rodzą
(czyli zaczynają istnieć,
pojawiają
się), a nie umierają
(czyli nie przestają istnieć, nie znikają).
Albo jeszcze nie umarły – chociaż już
żyją (istnieją) miliony
lat – umrą (znikną)
za miliony lat i nikt tego nie zauważy,
ani
nie sfilmuje i będziemy trwać
w przekonaniu o ich nieśmiertelności
(nieznikalności).
Nie
wszystkie książki,
które do tej
pory się zrodziły
(czyli które napisano i wydano)
jeszcze
istnieją. Jakaś ich część
już nie istnieje. O niektórych
wiemy,
że były, znamy ich tytuły.
O innych nic nie wiemy.
Zniknęły. Nie ma ich.
Tak jak zniknęły tysiące, miliony motyli.
Fruwały, mieniły się w słońcu i zniknęły.
Oto
ostatni egzemplarz jakiegoś tytułu
ginie na przykład w pożarze. I co? I już?
I to koniec?
Unicestwienie. Śmierć.
Nikt już tej książki nie przeczyta.
Jeśli
nie była interesująca,
to nikt o niej nikomu nie opowie, nie
będzie
jej wspominał z rozrzewnieniem
albo ze zgrozą. Nikt potem nie
będzie przekazywał
o niej żadnych wstrząsających
opowieści,
żadnych łgarstw ani przesadnych
zachwytów.
Nikt jej nie będzie
żałował, bo nikt
o jej istnieniu nie będzie wiedział.
Może książka rodzi się, kiedy
zaczynam ją czytać,
umiera zaś kiedy kończę ją czytać i
przeczytaną
odkładam na półkę. Wtedy biblioteka
byłaby
cmentarzem książek...
Metafora efektowna, naciągana, pokraczna.
Wyobrażam
sobie jakąś prześwietną
komisję,
znakomite konsylium, które po przeprowadzeniu
wyczerpujących (zarówno
dla przedmiotu jak i podmiotów)
badań
stwierdza uroczyście i ponad wszelką wątpliwość,
że ta oto
książka nie nadaje się już do niczego,
już się nie da jej
czytać, że to co w niej napisane
jest tylko rzężeniem godnym
miana ostatniego tchu.
Oto trup. Teraz należy go pochować.
Albo w
gustownej trumience.
Albo w glinianym naczyniu.
Albo w srebrnej
szkatułce.
Albo spalić na wspaniałym stosie.
Albo oddać na
makulaturę.
Pobrać z niej narządy do transplantacji,
do
wszczepienia w inne,
przewlekle chore książki.
W zależności od
zasług. I zgodnie
z widzimisię prześwietnej komisji.
.
. . . . . . . . . . . . .
Książka
to cmentarz.
Bo każde słowo to ukatrupiona myśl.
Spójrz na tekst jak na plan cmentarza.
Rzędy
grobów, a między nimi alejki.
Ponura metafora czy szczera prawda?
Nieszczera prawda – to brzmi
trochę
lepiej, mniej tragicznie,
jakaś szansa
w tym pobrzmiewa, jakieś złudzenie...
.
. . . . . . . . . . . . .
Albo
wyobraź sobie coś takiego:
po
przeczytaniu książki
wszystkie
słowa zsypujemy do ogromnej kadzi,
tam mieszamy je i
mielimy,
a potem na puste strony wysypujemy
(wylewamy) zupełnie inny ich układ, inną opowieść.
Taka
to śmierć książki – takie to
narodziny książki.
.
. . . . . . . . . . . . .
. . .
. . . . . . . .
Kiedy
umiera słowo: kiedy nikt go już
nie używa?
kiedy nikt go już nie pamięta?
kiedy nie ma go już w
żadnym słowniku?
Bo jeśli gdzieś w jakimś zakamarku swojej
pamięci przechowuje je choćby jedna osoba
i w każdej chwili
mogłaby je z tego zakamarka
wydobyć, to znaczy, że jeszcze się w
nim życie tli.
Zatem martwe słowa to te,
które przestały istnieć,
które osiągają status
jakby-nigdy-ich-nie-było.
Nie da się
określić liczby umarłych słów.
Nie da się o nich nic
powiedzieć,
ani napisać. Nic a nic. Dlatego są martwe.
.
. . . . . . . . . . . . .
Mogłyby
jednak być zebrane w księdze,
o której istnieniu nikt by nic nie wiedział.
Musiałyby jednak być
udzielone (przez kogo?)
gwarancje, że taka księga nie zostanie
znaleziona, bo znalezienie jej oznaczałoby
zmartwychwstanie
zapisanych w niej słów.
Zaś zmartwychwstanie oznaczałoby tylko
tyle,
że one nie umarły. Nie mogłoby zatem być
choćby
najmniejszego podejrzenia,
że taka księga istnieje, albowiem
takie
podejrzenie oznaczałoby możliwość
odnalezienia jej, która z
kolei oznaczałaby
iskierki życia w tych słowach.
.
. . . . . . . . . . . . .
Nie
ma więc cmentarza słów, bo być
go nie może.
.
. . . . . . . . . . . . .
. .
A
cmentarz książek mógłby być.
Jakże
to: martwe książki, a w nich
żywe słowa?
Nie,
nie byłoby przecież książek.
Byłyby tylko tytuły. Cmentarz książek
byłby tylko katalogiem
książek,
których już nie ma,
których już nie można dostać.
Nigdzie.
W żadnej
bibliotece.
W żadnym antykwariacie.
Zostałyby tylko recenzje.
Tak
jak zostają tylko wspomnienia.
.
. . . . . . . . . . . . .
.
Jeśli
słowo jest grobem myśli,
to
ten tekst, jak każdy tekst,
jest cmentarzem.
Można by
zatem tu i
ówdzie zaglądnąć.
To lub tamto ekshumować...
Co by tu wybrać?
Cokolwiek.
Proszę tylko uważać na różnej maści wampiry i
zombie.
Bo niby dlaczego ta kraina miałaby być od głupoty
wolna,
skoro takowa jest cmentarzem mądrości,
a tu jeden wielki cmentarz
przecież?
.
. . . . . . . . . . . . . . . .
No
i gdzieśmy doszli?
Do
czego żeśmy doszli?
Pusto
dookoła.
Znowu
zabłądziliśmy,
I jak się stąd teraz wydostać?