Każda
książka ma swój koniec.
To
banalne stwierdzenie wcale nie jest
banalne.
Jest pokrętne, fałszywe i kłamliwe.
Czyż bowiem książka
może mieć koniec?
Czy okładka coś kończy, zamyka, oddziela,
przecina?
Tak,
okładka coś kończy, zamyka,
oddziela, przecina.....
Przecina opowiadaną historię niezależnie
od tego co to za historia.
Przecina, lecz nie kończy.
Przecięta
lina zyskuje dwa końce.
Lecz nie jest to koniec liny, a tylko koniec
części liny, jej odcinka.
Przecięcie liny nie powoduje zniknięcia
odciętego fragmentu.
Przecięcie jedynie przerywa ciągłość.
Koniec odcinka nie jest końcem liny, no chyba że w dwóch
szczególnych przypadkach:
kiedy odcinamy końce liny.
Ale jeśli
lina ma końce to znaczy tylko tyle, że jest ona bardzo długim
odcinkiem.
Są
też książki, które wyglądają
tak, jakby miały koniec, lecz go nie mają.
Kiedy bowiem dochodzimy
do ostatniej kartki, ona okazuje się być pierwszą.
No i co z tego?
Nic z tego.
I tak mamy do czynienia z odcinkiem, tyle że zwiniętym
w pętlę.
I taka pętla, takie kolisto-eliptyczne ogniwo udaje, że
jest nieskończone.
Jeśli prawdą jest,
że książki
są tylko słowami w jakiejś nadksiążce, zaś słowa w nich są
całymi podksiążkami, to sprawa końca wygląda jeszcze gorzej.
Tu
należałoby zapytać, czy tym
końcem książki jest tylko ostatnia strona, czy jest nim także
krawędź strony?
Krawędź strony byłaby krańcem opowieści,
przepaścią, w którą ona spada i roztrzaskuje się.
Albo nie.
Albo
skacze w piękną przestrzeń i zaczyna lecieć.
Wtedy dopiero
zaczyna pięknie lecieć.
Frunie i frunie po niebie bezkresnym - - -
- - - - -
tylko wzrok
wystarczy przenieść poza
ekran
i pięknie można wtedy czytać bez końca
no, można jeszcze zawrócić, ale czy
warto?